Wczoraj (28 marca 2015) zaszczepiliśmy potwora, żeby był jeszcze bardziej wściekły. Nie bez problemu wcisnęliśmy ją do samochodu, dzikus opierał się wszystkimi kopytami. Do gabinetu wlazła niemal na brzuchu... Normalnie wstyd, żeby mieć taką niewychowaną czarownicę! Ale pani doktor dała smakołyki, więc ADHD zaczęło łypać na wszystkie strony, co by tu zmalować. Szczepienie przebiegło bez najmniejszych pomruków ani brzydkich gestów.

Potem, nie bez trudu udało  się ją wpakować na wagę, i tu szok! 38 kg!!! Widać, jak do nas przyjechała, sporo jej musiało brakować, bo wcale nie powiedziałabym, żeby teraz była gruba, no, dobrze wygląda... Potem wrócili z Maćkiem przez las...

Najbliższy okres będzie trochę trudny, bo ja wyjeżdżam na prawie 6 tygodni, a reszta rodziny pracuje. Więc rano będzie króciutki spacer, potem działkowanie do powrotu Maćka. Mam nadzieję, że nie obrazi się na mnie na zawsze, bo wracać do domu będę na skrzydłach, spragniona spacerku... A jak mi powie, że ma mnie w nosie?...

Zimy w tym roku nie było wiele...

Yashka dzisiaj oszalała. Najpierw postanowiła wyciągnąć sobie koc z kanapy na dwór, dociągnęła go do drzwi. Pewnie na trawie jej było twardo. Potem kiedy chciałam koc wytrzepać, ona go trzymała w zębach i tak trzepałyśmy. Potem się rozzuchwaliła i zaczęła ganiać. My poszłyśmy z Alką na górę, ona na dole hałasowała, myślałyśmy, że jak zwykle w takich sytuacjach goni swój ogon i tylne łapy. Ale jak poszłam sprawdzić, okazało się, że zeżarła kanapę...

Yashka chyba nigdy nie przestanie nas zaskakiwać. Jesteśmy razem już prawie 5 miesięcy. Do tej pory w najmniejszym stopniu nie interesowała się wchodzeniem na kanapę, fotel, łóżko. Wylegiwała się na chodniczku przed kanapą, to tak. Ale nic więcej. 

Jednak od niedawna zauważyliśmy jakieś dziwne znaki na kanapie. Zmiętoszona kapa (pewnie Maciek bawił się z Yashką, leżąc na kanapie miętosił ją, leżącą na dywaniku, tak sobie myślałam). Ale to wszystko było coraz bardziej podejrzane.

Parę dni temu Maciek powiedział, że chyba Yashka spała na kanapie! Nie wierzyłam. Wczoraj została przyłapana na kanapie, i to w dodatku z pudełkiem z rybią karmą (tak dokładniej, z pudełkiem PO rybiej karmie, takiej kupionej parę dni temu, za 18 zł). Czyli, włazi na kanapę, i kopytami sięga do pokrywy akwarium, bo inaczej nie dosięgnęłaby pudełka, które tam stało!

Dziś rano zeszłam, a ona powitała mnie leżąc na kanapie! Już się nie kryła! A ja zastanawiałam się, co robić... Niby, zabronione, ale dlaczego? Woolik miał prawo włazić na kanapę, zabroniliśmy, kiedy ją zaczął zżerać. Ona po prostu sobie leży. To może może leżeć, o ile nie zacznie zżerać?

Czasami mam takie wrażenie, jakbym miała do czynienia z przybyszem z innej planety, który koniecznie chce się ze mną dogadać, ale mówi po swojemu i ja go nie rozumiem, co gorsza, lekceważę jego wysiłki, wkurzam się, usiłuję go za nie karać...

Najbardziej wyraziste jest to na spacerze. Bardzo często się zdarza, najczęściej w tych samych miejscach, że Yashka nagle zatrzymuje się, nie chce iść do przodu, zapiera się, a przede wszystkim łapie ząbkami za smycz, mnie za rękę też, często skacze na mnie, łapiąc zębami. Nigdy nie robi tego agresywnie, ale jest to zastanawiające. Tak, jak by chciała za wszelką cenę coś powiedzieć. Ale co - nie idźmy dalej bo? Ale bo co? Przecież lubi chodzić na spacer. Kiedy to jej minie - bo nie pozwalam, ciągnę, krzyczę, tupię nogą, unoszę smycz wysoko żeby nie mogła jej gryźć i w końcu idziemy normalnie - potem robimy jeszcze wiele kilometrów i jest super. Więc dlaczego na początku spaceru nie chce iść dalej, tylko skręca w kierunku polanki? Wiem, na polance bywają często jakieś smakołyki do upolowania, ale czy jest to aż taka atrakcja, żeby zrezygnować ze spaceru?

Yashka często używa jako perswazji zębów, operuje nimi dość delikatnie, ale jest to zawsze trochę niepokojące. Nie pozwalamy na to, no ale się zdarza. Zębów używa w zabawie, wyraźnie była przyzwyczajona do zabawy z użyciem zębów, do skakania na człowieka i łapania za rękę. W dużej mierze oduczyłam ją tego, jednak czasem się zdarza, skacząc jednak wyraźnie zaraz się reflektuje i odskakuje na bok.

Ciekawe jest też, że Yashka warczy nie warcząc... To znaczy, wydaje z siebie pomruk taki jak warczenie kiedy się na przykład do niej przytulić. Początkowo mnie to niepokoiło, wyglądało jak ostrzeżenie, ale potem zauważyłam, że nic takiego się nie dzieje - ona warczy tak, jak kot mruczy... Dziwne...

W gorący dzień wyprawiamy się nad jeziorko w Laskach. Yashka nie pływa, do wody wchodzi ostrożnie, ale dziś - trzeci raz nad jeziorkiem - zamoczyła już się po pachy. Kto wie, może z czasem zdecyduje się na pływanie?

Yashka to dziwny stwór ;) Przytulna, a jednocześnie zadziorna, wariatka, ale jak trzeba - leży sobie cichutko. Na spacerze czasem ciągnie jak szalona, a czasem idzie jak osioł, staje, gapi się, zastanawia. Czasem próbuje mówić: na przykład łapie ząbkami za smycz, jakby mówiła - a może mnie spuścisz? Albo - chodź z powrotem! Tylko nie wiem napewno co chce powiedzieć. Czasem łapie mnie zębami (delikatnie) za rękę, jakby mnie chciała powstrzymać czy gdzieś zaprowadzić...

W domu zasadniczo jest grzeczna, nie niszczy. Jedynie jedzenie - o, to uwielbia zdobywać. A kocha wszystko co się da do pyska włożyć! Yashkowe zdobycze to wszelakie warzywa, owoce, wiśnie z drzewa, maliny z krzaka, jeżyny, pomidory, odrzucone kawałki szparagów... Ukradła warzywa na parze, ser, brzoskwinie... Upolowała myszy, ptaszki, chciałaby koniecznie upolować konia, łosia, dogonić kota czy ptaki na drzewie...

Dziś mija miesiąc odkąd poznaliśmy Yashkę, miesiąc odkąd do nas przyjechała. Miesiąc obwąchiwania się, smakowania, poznawania czym to pachnie... Miesiąc niemal całkowicie pozytywny. Hm, choć dziś mi to trudno powiedzieć tak szczerze i z ręką na sercu, bo właśie dziś rano, kiedy robiłam ćwiczenia rehabilitacyjne na moim materacyku, potwór wpadł do mojego pokoju, zachwycił się nową zabawą, w pół sekundy zrobił dziurę w materacyku, potem uwalił się na nim, twierdząc, że to jego łóżeczko. A kiedy usiłowałam ją zwalić z materaca, żeby dalej ćwiczyć, wstałam nagle i ciach - znów mam dyskopatię! A tak się cieszyłam, że wszystko tak ładnie mija i chodzi(ło) mi się coraz lepiej i dalej... Ale to są przyjemności posiadania potworów w domu...

Śpi toto właśnie za moim fotelem, udając niewiniątko... Poza dzisiejszym wybrykiem, którego skutki będę odczuwać pewnie co najmniej przez kilka dni, co jeszcze narozrabiała? Przede wszystkim kradzież wszystkiego co da się zjeść, z warzywami na parze na czele, ale były też kanapki, yogurt z musli, jabłko, brzoskwinia z pestką, żelki, kiełki z rzodkiewki!!!, a do tego kartka z książki z biblioteki, próba zjedzenia własnej książeczki zdrowia... Co jakiś czas kradnie jakieś skarpetki, majtki czy kapcie, ale (jak dotąd, tfu tfu) nie wyrządzając im krzywdy. Jeden raz wyrwała się na spacerze w pogoni za jakimś cariboo i nie wróciłaby, gdyby się nie zaplątała smyczą o krzaki. Wykopała parę dziur w ogrodzie. Zrobiła sporo kup w domu (ale to nie jej wina, tylko chyba jakiegoś pierwotniaka, z którym właśnie walczymy).

szafa Oto ulubione miejsce Yashki. Tu była półka z butami Maćka. Półka została chwilowo usunięta no bo Yashka lubi buty. No to miejsce się stało norą...

Dziś nas Yasha zadziwiła: fajnie, że lubi marchewkę, jabłka, suchy chlebek. Ale żeby wyjeść całą miskę jarzyn na parze - ziemniaki, marchew, brokuły, cebula - bez odrobiny mięsa? Tego jeszcze nie grali... Okazuje się, że trzeba uważać na pozostawione na blacie jedzenie, nawet, jeśli nie jest mięsne!!!

Mam nadzieję, że nie zaszkodzi jej ten wegetariański posiłek na żołądek, bo znów wróciły problemy brzuszkowe, odkąd od wczoraj do ryżu z kurczakiem i marchewką zaczęliśmy dodawać karmę... Trzeba będzie się rozejrzeć za czymś, co jej lepiej służy...

Oj, dzisiaj się działo... Dzień zaczął się bezproblemowo, jako że wczoraj wreszcie udało się skończyć ogrodzenie wewnętrzne, dziś rano zeszłam, otworzyłam drzwi i wypuściłam stwora za dom. Spokojnie zrobiłam kawę i tak dalej. Potem wyszłyśmy, i po raz któryś z przyjemnością obserwowałam, jak po wyjściu z domu zmierza natychmiast do furtki, gdzie czeka na mnie i jeszcze łepek podnosi, żeby łatwiej dać się zapiąć. Normalnie ideał!

Potem idziemy przez las, spokojnie, bezproblemowo i ja napawam się tym spokojem. Do czasu! Nagle, całkiem niespodziewanie szarpnięcie tak silne, że przewróciłam się, i co najgorsze, z zaskoczenia i z bólu - miałam wrażenie, że złamałam palec u ręki - wypuściłam linkę! A ta małpa poleciała z linką ciągnącą się za nią. To nie jest zwykła linka, tylko taka która się rozwija, właściwie nie linka tylko taśma, więc w ręce trzymam takie spore pudełko z tworzywa, regulując stopień rozwijania taśmy. Dlatego nie jest łatwo prowadzić psa inaczej, niż trzymając tę linkę w ręce. Początkowo miałam zamiar jakoś rezerwowo podczepić to pudełko do pasa, ale potem odpuściłam, bo trzyma się je naprawdę bezproblemowo... do czasu...

To raptem 11 dni razem, a jakie zmiany! Siedzę tutaj, a Yashka leży za moim fotelem i śpi sobie... Barykada na schodach zdjęta, przynajmniej kiedy jestem na górze. Co prawda jeszcze w nocy śpi w łazience, kuracja w trakcie, ale od kilku dni nie było wypadku w domu! Działa wszystko naraz - dieta ryżowo-marchewkowo-kurczakowa, zamykanie na noc w łazience, częste spacery i bieganie po ogrodzie. Zobaczymy jeszcze, co będzie jak zacznę do ryżu z kurczakiem po trochę dodawać karmę, wtedy się okaże, czy to był rozstrój żołądka czy uczulenie na karmę.

Myślę jednak, że kupy w domu były też spowodowane dezorientacją, teraz chyba Yashka już wie dobrze, co się robi i gdzie. Ogromną przyjemność  mi sprawia fakt, że kiedy pracuję przy komputerze, mogę ją mieć tutaj. Przez dłuższy czas chodzi, niucha, czasem coś usiłuje ściągnąć, ale potem uspokaja się i kładzie koło mnie. I tego mi trzeba...

Na spacerze jest super... 11 porannych spacerów do puszczy, i ani raz nie poszłyśmy tą samą drogą! Co pewien czas trzeba tropić cariboo, i wtedy jest szczególnie ciekawie... A poza tym to wszystko jest ciekawe, można się zaplątać w gąszczu... Uczymy się komend - lewa, prawa, stój, ulica. Spotkanie z ludźmi - można się przywitać, z psami - można się bawić... Ogólnie, życie jest piękne!

Chyba działają nasze próby rozwiązania problemów, odpukać... Yashka spała w łazience, odrobinkę drapała, ale bez tragedii, nie wyła, nie płakała. Rano kiedy zeszłam, była cisza i spokój. Zrobiłam sobie kawę, wypiłam, otworzyłam, przywitałyśmy się i poszłyśmy na spacer. W łazience było czyściutko. Na spacerze - po dłuższym czasie - jedna kupa. Pochwaliłam, nagrodziłam. Potem w łazience dostała jeść, pobyła jakieś 20 minut, troszkę drapała, ale tylko troszkę. Wypuściłam, poszłyśmy do ogrodu. W ogrodzie, po pewnym czasie znów kupa, pochwaliłam, nagrodziłam. Od wczoraj nie było kupy w domu... Uff? Mam nadzieję, że będzie można kiedyś z zamykania w łazience zrezygnować, ale to dopiero wtedy, kiedy brudzenie w domu stanie się zapomnianą przeszłością.

Druga metoda, na gryzienie - wuwuzela. Działa jakby pośrednio. Użyłam ze trzy razy, ale nie było to takie poważne atakowanie jak dwa dni temu. Może wystarczyło samo karcenie? Musimy wyeliminować używanie zębów w zabawie. Ona najwyraźniej bawi się tak, jak się bawią psy, może duże szczenięta, traktując nas jak psy, nie wiem czemu głównie mnie. Ale dziś tego nie robiła. Jak by wiedziała, że mam wuwuzelę...

Zaczyna się kopanie dołów, co robi głównie dla zabawy - szaleństwo w pewnym momencie przemienia się w kopactwo, taki wygłup. Albo biegając jak szalona łapie w biegu garść ziemi (ale nie w garść tylko do pysia) i niesie, lub kawałek darni. Ale widać, że doły będą. No, niestety, na to chyba jesteśmy skazani. Ale poza tym coraz spokojniej i bardziej bezproblemowo zachowuje się na dworze, myślę, że kiedy będzie gotowe ogrodzenie wewnętrzne, będzie mogla pod niewielką kontrolą wchodzić sobie i wychodzić z domu i być na dworze.

W lesie niemalże idealnie, myślałam że idealnie dopóki najpierw na horyzoncie nie pojawił się łaciaty kot, który pośrednio wyrwal mi rękę, a jeszcze się nie skończył zapach kota, kiedy zaobserwowaliśmy na ścieżce głębokie ślady kopyt - chyba to był łoś... Tropienie łosia to jest to, więc wyrywania ręki ciąg dalszy. Najbardziej mi się podobają próby schwytania ptaków w locie, to nic, że latają na wysokości czubka sosny... Nigdy nie mów nigdy!

Dzisiaj w lesie, niedaleko drogi, chyba koty chodziły dopiero co... Więc szarpałyśmy się nieźle. I w ogóle dzisiaj spacer było trochę bardziej szalony, skoki w boki i takie sprawy. Ale dużo mniej, niż podczas pierwszych spacerów.

Jest  jeden problem nieprzyjemny z zachowaniem: podczas zabawy rzuca się, głównie na mnie, skacze do góry, łapie zębami za ręce, jak by walczyła z pozorantem. Chwyty są bolesne, i wcale mi się to nie podoba, do tej pory byłam w zasadzie bezradna, bo na NIE! nie reagowała, a  jakiekolwiek moje ruchy czy nawet próbę odtrącenia traktowała jako udział w zabawie. Maciek łatwiej sobie radzi w tej sytuacji, bo łapie ją i przyciska do ziemi, ja jakoś nie mam albo tyle siły albo może odwagi. Jednak znalazłam sposób i spróbuję, chyba to zadziała: mamy wuwuzelę, która wydaje straszliwy dźwięk, jestem pewna, że tego się przestraszy. Będę wychodzić na dwór z wuwuzelą w ręce. Kiedy zacznie swoich skoków, zadmę w wuwuzelę. To powinno dać skutek pożądany.

Kto nie wierzył, że to wariatka, to proszę bardzo:

Dziś po raz pierwszy wyszłysmy z domu nie na lince, tylko wypuściłam ją przed dom luźno (na terenie naszej działki oczywiście). I niespodzianka, nie trzeba już było łapać szalonej uciekinierki, żeby jej przypiąć linkę, pobiegla prosto do furti i poczekała na mnie, dając się bez problemu zapiąć! Ćwiczymy chodzenie poboczem, nie oszczekiwanie psów za siatką, nie ganianie po ulicy. Spacer po lesie robi się dużą przyjemnością, idziemy razem, a nie jak wcześniej, kiedy byłam dodatkiem do linki.

Na początku był zając, który wypadł z lasu ze 20 metrów przed nami i pobiegł naszą ścieżką. Było oczywiście, gonienie za zającem ale to był tylko moment. Za to później, kiedy doszliśmy do ścieżki, z której konie wychodzą na drogę (na której je widzieliśmy wczoraj) zrobiło się szaleństwo. Końskie ślady niosą w sobie coś, czemu trudno się oprzeć. Cały ten spory kawałek - ścieżka, a potem droga - to było ciągnięcie na maksa, szarpanie się, moje próby uspokojenia jej, zatrzymania, nie pozwolenia na takie zachowanie. Dopiero kiedy weszliśmy z drogi w las, uspokoiła się, wyraźnie zmęczona, dłuższy czas szła a nie biegła jak zwykle. Hehe, a co powiedzieć o mnie... Trzeba będzie chodzić tą trasą często, żeby oswoiła te zapachy.

Dziś na spacerze były konie! Same konie zobaczyła z daleka, przyglądała się z wielkim zainteresowaniem ale bez wyrywania ręki. Kiedy jednak później poszłyśmy drogą,  po której przed chwilą te konie szły, dostała wariacji: końskie ślady zapachniały jej cariboo i zapragnęła polowania... Było skakanie, wyrywanie ręki, szarpanie na wszystkie strony, wariactwo w oczach. Jakby samych koni nie skojarzyła z tym zapachem, jakby gdzieś w tych śladach spodziewała się urzeczywistnienia zapachu... Długo jeszcze, nawet kiedy skręciłyśmy w ścieżkę, ciągnęła ostro...

Było też spotkanie z beagielką, sunia mała, ale chyba nie szczeniak, więc ważna informacja: z suczką można się ślicznie bawić! Wiele spotkań z różnymi stworami musimy przetestować, żeby wiedzieć, czego się możemy spodziewać.

Ćwiczymy chodzenie po ulicy - zatrzymywanie się przed przejściem, chodzenie poboczem bez wchodzenia na jezdnię. Ganimy za kłótnie z psami za siatką.

Joomla Template - by Joomlage.com